portret

portret

DLACZEGO

O tym, jak dać wolność, jednocześnie ucząc przywiązania.
O tym jak traktować dzieci jednakowo, by jednocześnie wiedziały, że są dla nas jedyne.
O tym jak mimo swojej niechęci, widzieć w ich rodzicach pozytywy.
O tym jak wykonując swoje zadania czasowo, dać pewność, że robimy to na całe życie.
Dlatego, by NASZE DZIECI, zrozumiały dlaczego.

Liczba wyświetleń w ostatnim miesiącu

12 sierpnia 2014

po raz 16

Za kilka dni ...

Dzień.
Miał być jak wszystkie, czyli nieporównywalny do żadnego innego.
I był.
Dzisiaj miał przyjść do domu, nowy, „średniej wielkości CZŁOWIEK”.
Wiedzieliśmy wszyscy o tym od trzech dni.
Wiedzieliśmy my.
„…CZŁOWIEK” – nie wiedział.
Spał sobie w swoim mieszkaniu, właściwie już się obudził i przygotowywał jak to „…CZŁOWIEK” do szkoły.
Ktoś zastukał do drzwi.
Dlaczego tak wcześnie rano?
Przyszły cztery osoby, dwie rozmawiały, dwie poszukały w mieszkaniu drugiego „większego CZŁOWIEKA”.
Ten „większy” nie był miły, nie chciał się ubrać i wyjść, a trzeba było. Taka decyzja sądu.
„Średniej wielkości CZŁOWIEK”, ubrał się zabrał swój szkolny plecak i wyszedł.
Pogoda była taka, jak myśli CZŁOWIEKA. Padało od kilku dni.
Nerwowo.
Podtopienia.
Strata.
Żal.
I długa droga w nieznane.

A co w tym czasie u nas?
Oczekiwanie.
Przyjechali.
Z samochodu wysiada dobrze znana postać – pracownik socjalny i za chwilę pierwsze spotkanie ze „średniej wielkości CZŁOWIEKIEM”. Ma 10 lat, długie włosy, wielkie podkrążone oczy i wysmukłą postać. Niesie swój szkolny plecak, to na razie jej cały dobytek. Mówi dzień dobry, ale nie chce patrzeć. Siada grzecznie.
Teraz najważniejsze – zacząć wspólne życie.

Czasem choroba jest zbawienna. Tak było i tego dnia.
Kiedy w progu stanął „średniej wielkości CZŁOWIEK”, miałam nadzieje, że znajdzie wspólny język z „Tą, która jest u nas dwa lata”. Właśnie „Ta, która …” była dzisiaj chora. Uprzedziłam ją rano, jaka będzie sytuacja. Poprosiłam, że jak nadejdzie ten moment poproszę ją o pomoc. Na czym ma polegać? Na zwiedzeniu domu, pokazaniu swoich miejsc, zachęceniu do jedzenia. Będzie jej łatwiej, niż mnie starej babie, o której „średniej wielkości CZŁOWIEK” nic nie wie poza tym, że oprócz jakiegoś męża mieszka z nią dużo dzieci.

Udało się?
„… CZŁOWIEK” za wszelką cenę chciał być dzielny, rozmowny, wręcz radosny. Sprawdzał wszystko w domu, wszędzie go było pełno i słychać go było wyraźnie. Chciał zagłuszyć, smutek, niepewność i żal.
Zostałyśmy trzy, każda w innym wieku, z innego powodu w domu na Modrzewiowej. Trzeba zacząć normalny dzień.
Porządki, obiad, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe, zabawa, kolacja, mycie, sen i rozmowy, nieustające mówienie o wszystkim, o tym ważnym i ot takim zwyczajnym.
Zanim inni wrócą ze szkoły trzeba wspólnie zrobić wiele rzeczy. Tak by „średniej wielkości CZŁOWIEK”, z jednej strony miał czas na swój smutek, z drugiej nie miał czasu na rozpacz.
Tak, jak pogoda, tak jedzenie to temat dobry na każdy czas.
- Co lubisz jeść na obiad? Rosół? I jeszcze coś? Makaron? Taki słodki? Z owocami? To może dzisiaj dla wszystkich przygotujemy wspólnie z truskawkami. Wiesz jedni lubią makaron inni ryż. Przygotujemy jedno i drugie. Tak mija godzina- gotowanie, to dobry czas, można rozmawiać, ale można i milczeć i nikt nie zwraca na to uwagi.
- A u nas nikt nie gotował tylko w sobotę, albo w niedziele. Pani pedagog powiedziała, że mogę codziennie na obiad przychodzić i w sklepiku brać drożdżówkę i picie. A wam, kto dał te truskawki?
- Nikt nam nie dał, kupiliśmy w sklepie.- znów zacznie się tłumaczenie, jak to nic nie spada z nieba, że się pracuje i za to dostaje pieniądze i robi zakupy.
- Tyle? To musicie mieć dużo kasy. I zawsze jest obiad?

Mija kilka godzin. Zjawia się rodzina „średniej wielkości CZŁOWIEKA”. Płacz, przytulanie, obietnice szybkiego powrotu, a wcześniej częstych odwiedzin. Kupimy Ci telefon żebyś mogła dzwonić. A co ci przywieźć? A może coś do jedzenia? Kochamy. Tęsknimy. Wszystko będzie dobrze. Wrócisz.

Dzieci wracają ze szkoły. Obiad. Super, pochwały, wszystkim smakuje. Pierwszy sukces „… CZŁOWIEKA” – pomogłem w przygotowaniu smacznego obiadu dla innych.

Czas na lekcje. Dobrze, że drugi dorosły wraca z pracy. Jest wsparcie.Każdy zabiera się do pracy. A „… CZŁOWIEK” podgląda, przysłuchuje się, pyta. Sam zaczyna pomagać chce się pochwalić, że też coś wie. To dobrze. Może będzie chciał nadrobić braki, bo oceny i opinie ma bardzo marną ze szkoły.

No, większość uporała się z zadaniami. Teraz rozrywka. Część idzie na zajęcia dodatkowe. Reszta ma czas na zabawę. Już dawno nie były w ruchu wszystkie zabawki, książki i gry. Pozostałe dzieci zaczynają być zmęczone, chyba najbardziej „Ta, która jest z nami dwa lata”. To ona odpowiada od rana na setki pytań.

Kolacja i czas na sen.

Dla mnie i „średniej wielkości CZŁOWIEKA” sen przychodzi dzisiaj bardzo późno. Teraz jak już nikt nie widzi, przychodzi czas na smutek, pytania, na które tak trudno znaleźć odpowiedź i opowieści, których nikt nie chciałby słuchać w dzień, a co dopiero przed snem.

Dzień.
Miał być jak wszystkie, czyli nieporównywalny do żadnego innego.
I był.

Minął rok. Kiedy „średniej wielkości CZŁOWIEK” wspomina dom, i ten dzień, może nic nie mówić, wystarczy na niego popatrzeć. Te oczy, a właściwie ich brak, te szkiełka, które nic nie widzą i nic nie wyrażają.
I rozmowa, przed snem, ale taka inna, niż ta rok temu. Z wszystkim. Trochę nerwowa, bo nie takie ubranie dla jednego, za mało czasu dla innych. Kiepskie oceny u tego, kto ma możliwości na wiele więcej.
I głos „średniej wielkości CZŁOWIEKA” – a mnie ciocia przez ten czas jak tu jestem poświęciła więcej czasu niż mama przez całe życie.

Dzień.
Miał być jak wszystkie, czyli nieporównywalny do żadnego innego.
I był.

Za kilka dni ...
Będzie kolejny taki/inny dzień.
Każdy jest inny.

14 czerwca 2014

dysonans

Lat minęło wiele, bo prawie 30. 
Wtedy byłam uczennicą nowosądeckiego liceum. 
Klasa pierwsza. 
Same dziewczyny. 
I wiekowy nauczyciel wychowawca. Uczył nas języka polskiego i muzyki. 
Do dziś pamiętam jedyną informacje z tych lekcji - A. Mickiewicz był bardzo przystojny. 
Czy Wieszcz przystojny był ? Nie wiem ? 
Wtedy, zdecydowanie nie był w moim typie, i teraz nic się nie zmieniło. Ale nie o tym piszę. 
Jak to w szkole różne akademie ku czci i mniej nadęte. Wypadło również na naszą klasę przygotowanie jednej z nich. 
Zajęcia w toku.
Pan "profesor" - może któraś z was powiedziałaby wiersz ? Coś znajdziemy.
Cała klasa - Ela, Ela powie.
Ja siedzę cicho bo nie mam ochoty udzielać się w szkole, choć w innych miejscach bez problemu.
Na co pan "pro..." odpowiada - no nie, żeby wystąpić na scenie to trzeba mieć odpowiedni wygląd, nogi, kieckę.
Moja szybka odpowiedź - żeby wychowywać młodzież, trzeba mieć choć trochę kultury.
 
Finał - spotkanie u dyrektora /mądry człowiek był/, właściwie to mnie przeprosił, poprosił o zrozumienie, że pan "pro..." stary, musi dotrwać do emerytury, a on ze swojej strony postara się żebym nie miała jakichkolwiek nieprzyjemności po tym zdarzeniu i mojej odpowiedzi.  I tak było. 

Dlaczego akurat teraz o tym piszę, dlaczego mi się przypomniało ?

Całkiem niedawno.

Kolejne doświadczenie, kiedy już jako stara baba miałam ochotę krzyczeć - kultura ! kultura, pilnie potrzebna ! 
Nie może być takiego dysonansu między tym czego się naucza, a tym jak samemu się zachowuje. Funkcje i tytuły zobowiązują dodatkowo do odpowiednich postaw. 

Od trzech lat coraz mniej się dziwię nauczycielom, nie tylko młodym. 
Że - nie potrafią się zachować odpowiednio w stosunku do dzieci. 
Że - nie potrafią rozmawiać z dziećmi. 
Że - nie szanują dzieci z którymi pracują. 
Że - nie potrafią tego wszystkiego również w stosunku do rodziców.
Że - nie szanują czasu innych.
Że - nie zauważają i nie doceniają zaangażowania.
Że - nie rozwijają, nie pokazują piękna i możliwości.
Że - nie wspierają.

Smutne, ale gdzie i od kogo mieli się tego nauczyć ?
Od swoich "pro..." ? 
Nie ma szans. 
Pobrali za to dobre lekcje jak -  ganić, piętnować, zabierać, ograniczać, zabraniać . . .

Dlaczego akurat teraz o tym piszę, dlaczego mi się przypomniało ?

Dawno nie czułam się tak poniżona. Kto był, ten wie. Właściwie nie mogę sobie przypomnieć żebym kiedykolwiek wcześniej tak się czuła. 
Trafiałam na pedagogów, a wyjątki takie jak pan "pro..." nie mogły zepsuć ich działania. 

Od ponad dziewięciu lat wiele czasu poświęcam na kontakty z Pedagogami i panami "pro...". Niestety tych drugich spotykam coraz częściej. 

Coraz mniej również dziwię się dzieciom, że nie lubią swoich nauczycieli, że ich nie cenią, że nie liczą się z ich zdaniem.
Coraz częściej podziwiam dzieci, że potrafią widzieć, oceniać, wybierać, doradzać, rozwijać, trwać ...


Podziwiam tych, którzy na przekór systemowi /a system to ludzie/ są Pedagogami i Wychowawcami.
Dziękuję im za to, że są.


Powrócę jeszcze do nauczyciela języka polskiego. Przez kolejne trzy lata, był to już kto inny. Dzięki niemu "nie sprzedaję skarpetek". Do dzisiaj czytam jego wiersze, słucham piosenek. Szkoda, że Nowy Sącz, choć tak blisko, jest dzisiaj dla mnie tak daleko. Drogę do niego trochę "zawiało, zasypało". I podśpiewuję sobie czasem, " w tym zdziwieniu, w tym zachwyceniu". I wierzę, i wiem, że można. 

25 maja 2014

chybiotryka

Już za kilka dni koniec maja.
Przynajmniej jeden wpis w miesiącu należy popełnić.
Tak, żeby inni nie zapomnieli, że czasem coś piszę. A może bardziej, żeby nie zapomnieli, że czasem myślę.
Jakieś dwa, trzy lata temu brałam udział w pewnej kameralnej rozmowie.
Rozmawialiśmy o świętowaniu, o świętowaniu Dnia Rodzicielstwa Zastępczego.
Jest taki dzień w naszym polskim kalendarzu - 30.05.
Ale wracając do rozmowy i moich myśli o tym dniu. Powiedziałam wtedy:
Nie znam innego takiego święta, kiedy to nie świętujący otrzymuje życzenia, gratulacje, kwiaty, dobre słowo itp.
Dzień nauczyciela - nauczyciel, a nie uczeń.
Dzień matki - matka, a nie dziecko
Dzień policjanta - policjant, a nie przestępca.
Dzień górnika - górnik, a nie węgiel.
A w Dzień Rodzicielstwa Zastępczego - dziecko. 
Tak, to nie pomyłka.
To kolorowe radosne święto dla dzieci, a nie chwila dla opiekunów zastępczych.
Już widać, zaproszenia na pikniki pełne atrakcji: dmuchane zjeżdżalnie, wata cukrowa, malowanie buzi, teatrzyk dla najmłodszych, konkursy plastyczne.

A kiedy, takie obchody w czasie których królować będzie, ot, zwykłe - dziękuję, dobrze że jesteście.
Kiedy wzorem spotkań wszelkich ważnych, tak - ważnych grup zawodowych, odbędą się spotkania dla i na poziomie rozwojowym opiekunów zastępczych.
Może to właśnie w tym czasie należy powiedzieć KIM opiekun zastępczy jest, jakie musi mieć predyspozycje, na czym się znać i jaką codziennie wykonuje pracę.
Może to właśnie tego dnia należy powiedzieć ile zawodów jednocześnie wykonujemy, na co jesteśmy narażeni i jakie "profity" z tego czerpiemy.
Może to tego dnia powinno się pomyśleć co zrobić, żeby było nas więcej. Nas opiekunów zastępczych.

Mimo ustaw, rozmów, konwencji i konferencji - jest nas coraz mniej.

Nie mamy ochrony psychologa, czy terapeuty, chyba że sami o to zadbamy - może powinna być dla nas zaplanowana solidna superwizja.
Nie mamy ochrony prawnej, każdy może przyjść wtłuc nam słownie czy fizycznie i /?/ i nic - a dla porównania, czy wiecie że pedagog szkolny to funkcjonariusz publiczny.
Nie mamy "ochrony" ekonomicznej - tych którzy nie wiedzą ile zarabiamy odsyłam do odpowiedniej ustawy i zaznaczę, że tam gdzie jest napisane, że zarabiamy nie mniej niż, to należy przeczytać, że w większości miejsc w Polsce zarabiamy własnie tyle brutto.
Nie mamy ochrony "wizerunku" - w większości wypadków media pokazują jak gotujemy i sprzątamy. Kiedyś dosadnie powiedział mój kolega sprzed lat, to obraz pedofila/kucharza czyli -  dzieci/ miłość/ gotowanie.


Nie mamy wielu rzeczy.
To dlaczego to robimy ?
BO WARTO!

A co oznacza chybiotryka - nie ma takiego słowa w żadnym słowniku. Kilka tygodni temu wymyślił je Iwo /lat 4/ kiedy coś mu nie wychodziło, wymyślił sobie jakąś budowlę i ... "to mamo taka chybiotryka, nie zrobiłem tak jak chciałem".
Obchody Dnia Rodzicielstwa Zastępczego to dla mnie taka chybiotryka - chybiony pomysł na zaplanowanie i zrealizowanie wydawałoby się zwykłego prostego zadania.